piątek, 20 listopada 2009

Forum Edukacji Medialnej, część pierwsza

18 listopada uczestniczyłem w Forum Edukacji Medialnej - kolejnym z cyklu zamkniętych spotkań organizowanych przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji pod przewodnictwem ministra Piotra Boronia.

O wcześniejszych spotkaniach czytałem w K20 i u Vagli. Ale nie ma to jak odczuć coś na własnej skórze. Na spotkaniu pojawiło się około trzydziestu zaproszonych przez KRRiT osób. W programie znalazły się wystąpienia zaproszonych gości, a także debata odnośnie przedstawionych prezentacji, choć spotkanie nie ograniczyło się tylko do dyskusji na temat zaprezentowanych treści i miało dosyć burzliwy przebieg.

Proponowany program, informacje od organizatorów:

"Z przyjemnością informuję, że swoje prezentacje przedstawią następujący prelegenci:

1. Pan Piotr Boroń Członek KRRiT przedstawi informację o konferencji EuroMeduc – Bellaria 2009.

2. Pan Łukasz Jurek Asystent Członka KRRiT wygłosi komunikat o ofercie polskich uczelni wyższych w zakresie edukacji medialnej.

3. Pan dr Piotr Drzewiecki z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie zaprezentuje swój podręcznik dla nauczycieli edukacji medialnej.

4. Pan dr Grzegorz Łęcicki Prorektor Warszawskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej im. B. Prusa podzieli się uwagami o nauczaniu edukacji medialnej w szkołach średnich."


Spotkanie rozpoczęło wystąpienie przewodniczącego, który poinformował o konferencji EuroMeduc. Minister był podobno jedynym przedstawicielem z Polski. Zwróciłem uwagę na fakt, że przedstawiciele Europy Wschodniej, jak podawał Boroń, na konferencji to państwowa administracja, natomiast uczestnicy z Europy Zachodniej byli w większości badaczami. Minister informował, że wszyscy uczestnicy godzili się co do konieczności podejmowania tematyki edukacji medialnej i organizowania odpowiednich zajęć na ten temat w szkołach. Zaprezentowano rumuńskie filmy uświadamiające o zagrożeniach internetowych - jeden z nich pokazywał urodziny chłopca, który w szale "morduje" tort, po czym zdaje sobie sprawę, że goście zamarli, obserwując atak wściekłości. Jeszcze mocniejszy materiał dotyczył sytuacji z metra, gdzie dziewczynka stojąca przy rodzicach zerka na chłopca, po czym wskakuje na rurę dla pasażerów stojących i zaczyna taniec. Rodzice, mówiąc wprost, "baranieją". Zaprezentowano także polski materiał, dość popularny jakiś czas temu, kiedy grupa żołnierzy wyciąga z budynku cywila, przymierzają się do zamordowania go, a tuż obok pojawia się dzieciak, który informuje, że tu "surfuje". Minister zapewnił, że skorzystanie z rumuńskich filmów w planowanej w Polsce medialnej kampanii ostrzegawczej nie powinno stanowić problemu.

Kolejny z prelegentów nie mógł się pojawić, w związku z czym głównym punktem spotkania została prezentacja dr. Piotra Drzewieckiego, który omawiał autorski podręcznik edukacji medialnej dla nauczycieli. Po prezentacji odbyła się dyskusja, w której udział wzięli m.in. prof. Furmanek, Jarosław Lipszyc, przedstawicielka Ministerstwa Edukacji Narodowej i nie znane mi bliżej osoby. Wymiana zdań została przerwana krótkim wystąpieniem dr. Łęcickiego. Do końca spotkania słychać było spór pomiędzy zwolennikami wprowadzenia lekcji edukacji medialnej a przedstawicielką MENu, która referowała z kartki, dlaczego lekcje tego typu potrzebne nie są.

W kolejnej części zaprezentuję zredagowane notatki i moją opinię na temat spotkania. Notowanie przerwałem chwilę przed włączeniem się do dyskusji w związku z narastającym jałowym sporem z przedstawicielką MEN - spotkanie zaczęło się przeradzać w przekrzykiwanie osoby, która zacięła się przy tezach z kartki i tłumaczyła, że skoro edukacja medialna miałaby się pojawić na osobnych lekcjach, to i przedsiębiorczość i inne przedmioty, co będzie skutkowało niewychodzeniem przez uczniów ze szkoły z powodu nadmiaru zajęć.

zdjęcie: materiały własne

autor: gds

Creative Commons License


Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Szkoła Bezpiecznego Internetu

- Warto apelować do nauczycieli, by wykorzystywali akcje dotyczące bezpiecznego korzystania z Internetu, bo dzięki nim będą potrafili lepiej uświadamiać uczniów i ich rodziców jak korzystać z sieci w sposób bezpieczny dla dziecka - powiedziała minister edukacji narodowej Katarzyna Hall podczas dzisiejszej (18 listopada) konferencji inaugurującej program „Szkoła Bezpiecznego Internetu”, która odbyła się w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

- Nowe przepisy prawa oświatowego zobowiązują szkoły do zabezpieczenia szkolnej sieci w sposób uniemożliwiający korzystanie z treści niebezpiecznych na terenie szkoły – podkreśliła minister Katarzyna Hall dodając, że nowa podstawa programowa zakłada również uświadomienie uczniom szkół podstawowych niebezpieczeństwa, jakie kryje w sobie bezrefleksyjne zawieranie znajomości przez Internet i utrzymywanie wirtualnych kontaktów.

Program „Szkoła Bezpiecznego Internetu” jest skierowany zarówno do osób dorosłych (rodzice, kadra nauczycielska) jak i do uczniów. Głównym jego celem jest profilaktyka cyberprzestępczości, takiej jak pedofilia on-line czy nękanie rówieśników złośliwymi i krzywdzącymi wpisami w serwisach społecznościowych i na forach dyskusyjnych.

Zgodnie z założeniami programu, każda szkoła w Polsce będzie mogła wziąć udział w szkoleniach na temat bezpiecznego korzystania z Internetu oraz ubiegać się o bezpłatny certyfikat Szkoły Bezpiecznego Internetu, przyznawany przez Fundację Kidprotect.pl. Takie certyfikaty otrzymają szkoły, które dbają o edukację wychowanków w zakresie bezpiecznego korzystania z Internetu, zapewniają im wsparcie merytoryczne oraz pomoc.

Patronat honorowy nad programem objęli: Minister Edukacji Narodowej Katarzyna Hall, Pełnomocnik Rządu do spraw Równego Traktowania Elżbieta Radziszewska oraz Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak.

fot. Grzegorz Rogiński, źródło: MEN

autor tekstu: MEN

źródło tekstu: MEN

Książki do lamusa

Studiuję bibliotekoznawstwo, uwielbiam książki – uwielbiam ich zapach, teksturę, wagę, wiedzę jaką przekazują, przyjemność jaką dają. Kolekcjonując książki stare i młode świadom jednakże jestem faktu, iż książka jako taka właśnie zaczęła swą drogę ku końcowi. Mam oczywiście na myśli książkę papierową…

Tehawanka wspomniał o księgarniach rzekomo odchodzących do lamusa – a dokładniej o urządzeniu zwanymEspresso Book Machine, które to ma zmiejszyć znaczenie współczesnych księgarni. Cóż, ja narzekać nie mogę, bowiem jako osoba w wolnych chwilach studiująca parapsychologię i okultyzm tę nową technologię wykorzystam do zdobycia papierowych wersji książek, których w obiegu nie ma już od wielu, wielu lat, bowiem leżą sobie bezpiecznie w prywatnych kolekcjach, w zbiorach działów specjalnych… Oczywiście mógłbym zaopatrzyć się w wersje elektroniczne, cóż jednak mogę powiedzieć – miłości do papieru ciężko się wyzbyć.

Cywilizacja jednak idzie do przodu. Najpierw były rysunki, potem alfabet, maszyna Gutenberga, papier, 500 lat udoskonalania technologii i nagle w ostatnich latach pojawił się tak zwany papier elektroniczny, jednocześnie nadszedł czas nowej rewolucji. Jak będzie wyglądać? Nikt tego nie wie, na podstawie posiadanej wiedzy i doświadczenia możemy spekulować, iż w ciągu trzech najbliższych lat spopularyzowane zostaną czytniki oparte o technologię e-papieru. Twierdzi się, iż ich popularność zacznie wzrastać w momencie, gdy cena pojedynczego urządzenia zbliży się w znacznym stopniu do $100 dolarów. Sam z niecierpliwością oczekuję czytnika o wdzięcznej nazwie Plastic Logic, który to zapowiadany jest jako przełomowe urządzenie w naprawdę niskiej cenie. Tę jednak poznamy dopiero na początku roku 2010.

Co będzie potem? Wpierw książki naukowe, a potem popularnonaukowe zaczną być wydawane głównie w formatach elektronicznych (tworząc tym samym nową gałąź e-biznesu, która choć istnieje już dzisiaj, dopiero w przyszłości zacznie się naprawdę dynamicznie rozwijać), za tym ruszą podręczniki akademickie i pomoce naukowe, potem podręczniki szkolne, za którymi pójdzie literatura popularna, taka jak kryminały czy romanse. Następną w kolejności będzie literatura piękna, w końcu zaś na papierze ostoją się jedynie prywatne wiersze pisane od serca i prywatne notatniki prawdziwych miłośników tekstury papieru.

Czy to oznacza koniec książki? Niezupełnie, po prostu nowe pozycje przestaną być wydawane w formie papierowej, lub co najmniej ograniczone zostaną do edycji kolekcjonerskich do postawienia na półce. Książki, które wydano dotychczas i które nadal są wydawane wciąż pozostaną na ziemskim padole, nie zostaną przecież zniszczone. Biblioteki nadal będą funkcjonować, jednakże w tym samym czasie ich zbiory (ogólnie wszystkie zbiory papierowe) będą dygitalizowane, by móc je udostępniać właśnie przez czytniki.

Taka forma udostępniania wiedzy sprawi, iż “książki” potanieją – przestanie się wliczać koszty druku, a co za tym idzie, dostęp do wiedzy uzyskają osoby, które do tej pory nie mogły na taki dostęp liczyć albo z powodu niskiego budżetu domowego, albo z powodu mieszkania w miejscu, w którym lokalna biblioteka posiada ograniczony księgozbiór.

Czy jednak to wszystko stanie się za naszego życia? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, można jedynie spekulować, iż rewolucja właśnie się rozpoczęła i my będziemy świadkami jej początku. To za naszego życia rozwinie się technologia elektronicznego papieru, to za naszego życia rozwiną się nowe kanały udostępniania książek elektronicznych. A co będzie dalej – tutaj naprawdę ciężko nawet spekulować.

Ostatnim pytaniem, jakie należy zadać jest: czy miłośnicy książki papierowej na tym nie ucierpią? Zapewne tak, biorąc pod uwagę możliwość kupowania książek papierowych w ramach edycji kolekcjonerskich, których cena na pewno będzie co najmniej poważna. Nie przewiduję jednak problemów ze zdobywaniem książek starszych, których ilość w obiegu jest naprawdę spora. Jeśli zaś chodzi o zdobywanie do prywatnej biblioteczki książek rzadkich, to przecież nawet i dzisiaj liczymy się z poważną ceną takich woluminów. Można więc powiedzieć, że kto ceni sobie dobrą książkę papierową, ten jednocześnie liczy się z tym, iż jego zamiłowanie do tanich nie należy.

Ergo, jedynym co rozwój papieru elektronicznego zmieni to szerszy dostęp do wiedzy przekazywanej w książkach i dokumentach elektronicznych, a cała reszta pozostanie bez zmian, nie mogę więc dopatrzeć się tych strasznych demonów, tak często wytykanych przez wielu bibliofilów. Lecz może po prostu jestem zapatrzony w jeden punkt, nie widząc obrazu całości?

Ilustracja White Books autorstwa Vicki jest opublikowana we Flickr na licencji CC-BY-NC-SA 2.0

Creative Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

autor: Nathan

Źródło: doorg

Redakcja p54 dziękuje Autorowi tekstu za wspieranie wolnej kultury i możliwość republikacji tekstu!

niedziela, 15 listopada 2009

Darmowe kursy Yale University

Uniwersytet Yale dodał do swoich otwartych zasobów internetowych 10 nowych kursów. Obejmują one bardzo zróżnicowaną tematykę, począwszy od chemii organicznej, poprzez historię i muzykę, na architekturze kończąc. Wraz z opublikowanymi uprzednio (wciąż dostępnymi) kursami, w chwili obecnej projekt nazwany „Open Yale Courses” oferuje 26 darmowych kursów. Wszystkie one zostały nagrane w klasach, podczas wykładów i zajęć prowadzonych przez uznanych pedagogów tej uczelni. Kursy, jak wspomniałem, dostępne są za darmo dla każdej osoby posiadającej dostęp do komputera. Materiały udostępniono w formie nagrań wideo i audio oraz jako pliki tekstowe.

Korzystanie z wybranych kursów nie wymaga rejestracji, ale również nie zapewnia żadnych formalnych kwalifikacji, ani nie daje możliwości kontaktowania się z wykładowcami.

Celem projektu jest umożliwienie otwartego dostępu do materiałów edukacyjnych każdemu, kto chce się uczyć. Jak piszą na stronie internetowej „Open Yale Courses”autorzy projektu, ich inicjatywa ma na celu wykształcenie zdolności samodzielnego myślenia, analizowania problemów, umiejętności zadawania pytań i samodzielnego poszukiwania odpowiedzi. Dzięki prezentowanym materiałom dydaktycznym mają oni nadzieję wyedukować społeczeństwo ludzi myślących krytycznie, o kreatywnej wyobraźni i zdolnych do intelektualnych poszukiwań.

Jako że większość kursów udostępnionych jest na licencji Creative Commons-Uznanie autorstwa-Użycie Niekomercyjne-Na tych samych warunkach (CC-BY-NC-SA), to każdy z użytkowników może nie tylko ponownie rozpowszechniać udostępnione materiały, ale również tworzyć na ich podstawie swoje własne prace (nie mogą one być wykorzystywane do celów komercyjnych i muszą być ponownie udostępnione na takiej samej lub podobnej licencji). Pozwala to innym wykładowcom i pedagogom na twórcze wykorzystywanie materiałów opracowanych przez pracowników jednej z najznamienitszych uczelni światowych i opracowanie na ich podstawie swoich własnych tekstów i projektów edukacyjnych, które mogą być później wykorzystane w procesie nauczania. Tak opracowane materiały są już wykorzystywane w instytucjach oświatowych w Bahrajnie, Ghanie, Turcji, Gwatemali, Meksyku i Chinach.

Jak więc widzimy, słowa Paula Bresta (cytowanego przez Media Newswire), prezydenta William and Flora Hewlett Foundation (instytucji będącej jednym z głównych fundatorów inicjatywy), znajdują potwierdzenie w praktyce: „Odległa lokalizacja i brak pieniędzy nie mogą być przeszkodami w zdobywaniu wiedzy i wykształcenia. Mocno wierzymy w to, że wiedza jest dobrem wspólnym, którym powinniśmy się swobodnie dzielić.”

Darmowe kursy dostępne są na stronach internetowych: Open Yale Courses, You Tube i iTunes.

autor: Maciej Lewandowski
źródło: doorg

zdjęcie: Professor Ben Polak: Jeffrey Levick / The Yale Center for Media and Instructional Innovation, pochodzi z materiałów prasowych

Creative Commons License

Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Współpraca w małych grupach

W serwisie eSchool News opublikowano raport zatytułowany "Small-group collaboration. Technology facilitates learning in small groups". Dlaczego powinniśmy zwrócić się w stronę edukacji w niewielkich zespołach?

W raporcie można przeczytać, w jaki sposób amerykańscy edukatorzy eksperymentują z z metodami pracy grupowej. Oczywiście, nie chodzi tylko o to, by uczniowie podzielili się na zespoły i z ołówkami w dłoniach zabrali za koncepcyjną pracę. Testy, bo tak chyba można określić nowatorskie działania, niektórzy z edukatorów rozpoczęli już w szkołach podstawowych, stopniowo włączając nowoczesne technologie do zespołowej pracy. Jest to jednak łatwiejsze w przypadku starszych uczniów, dla których korzystanie z blogów, wiki i sieciowych komunikatorów jest zupełnie naturalne, to zwyczajne narzędzia wykorzystywane przez nich podczas komunikacji z rówieśnikami.

Naukowcy zainteresowani stosowaniem nowych technologii informacyjnych otwarcie mówią o konieczności edukacyjnej współpracy. A to właśnie umożliwiają nowoczesne kanały komunikowania. Jak mówi cytowany w raporcie Stan Silverman z New Yotk Institute of Technology: "Każdy powinien mieć możliwość współpracy w grupie, ponieważ tak właśnie działa się w prawdziwym świecie. Nikt już nie pracuje samodzielnie i w samotności". Autorzy raportu podają przykład Jima Hirscha, który rzuca pomysł, by wszyscy uczestnicy edukacyjnych zespołów byli wyposażeni nie tylko w laptopy - Hirsch proponuje cztero-, pięcioosobowe zespoły - ale by zespół posiadał swój mini rzutnik. Każda drużyna mogłaby wyświetlać istotne dla całej grupy informacje, zdjęcia itp. wprost na ścianie klasy szkolnej, nie przeszkadzając w pracy pozostałym zespołom.

Co więcej, Hirsch sugeruje, że zespoły mogłyby w tym samym czasie pracować nad zupełnie różnymi tematami. Miałoby to prowadzić do większej indywidualizacji kształcenia i jednocześnie przyczyniać się do rozwoju wielozadaniowości (multitaskingu). Wspominany wcześniej Silverman dodaje, że uczniowie mogliby co prawda pracować w grupach, korzystając z ołówków i kartek do notowania. Ale mają teraz "elektroniczne oczekiwania", zatem rzutnik, z którego korzystałaby cała grupa, pozwalałby im na faktycznie grupową pracę.

Poniżej reklama mini rzutnika, na jaki powołują się cytowani w raporcie. Niekoniecznie mowa w reklamie o edukacyjnym zastosowaniu, ale niewielkie wymiary i lekkość rzutnika rzeczywiście skłaniają do refleksji nad nowymi zastosowaniami tego typu urządzeń.



W raporcie wymienione są również zalety uczenia się w niewielkich zespołach, zebrane przez Program Efektywności Kształcenia uniwersytetu w Oregonie. Jednostki są motywowane do pracy, kiedy mają wspólny cel; poprawia się krytyczne myślenie i wzrasta wiedza o przedmiocie pracy grupy; możliwe jest osiągnięcie celów, które byłyby trudne do realizacji podczas samodzielnych poszukiwań. Słabsi uczniowie mają szansę na wyjaśnienie im trudniejszych kwestii przez lepszych uczniów, podczas gdy lepiej zorientowani w temacie zyskują głębsze zrozumienie w trakcie werbalizacji i wyjaśniania zawiłych kwestii koleżankom i kolegom. Dość ważne, chociaż przez konserwatywnych nauczycieli może to być opacznie zrozumiane, że uczniowie przestają traktować nauczycieli jako jedyne źródło wiedzy.

Raport eSchool News jest dla mnie kolejnym przykładem sygnalizowania, że należy zastanowić się nad stosowanymi metodami i narzędziami pracy. Cieszy mnie, że kolejna publikacja potwierdza moje własne refleksje na temat przyszłości pracy w szkolnej klasie, które prezentowałem w artykule "Kultura popularna + (nie)popularna szkoła = (popularna) edukacja 2.0". Pozwolę sobie zacytować fragment tekstu, gdzie prezentuję wyobrażoną sytuację w klasie, niewiele odbiegającą od pomysłów Amerykanów:

"Sala szkolna. Po ostatniej lekcji, podczas której nauczyciel prezentował podstawy zagadnienia, część praktyczna. Uczniowie zgrupowani w niewielkich zespołach, siedzą swobodnie przy dużych owalnych stołach. Dyskutują na temat problemu, jaki mają rozwiązać. Z kolegami z innych zespołów konsultują się od czasu do czasu przez tekstowy komunikator. Każdy siedzi przy własnym przenośnym komputerze, wspólnie edytują notatkę z przebiegu zadania, robią to kolektywnie, edytując dokument w "google dokumenty". Poza tym znaleźli nowe informacje na zadany temat, w związku z tym zmieniają zawartość klasowego wiki. Na blogu projektu umieścili najnowszy film z youtube wraz z krótką krytyczną refleksją. Przedstawiciele pozostałych grup zdążyli już skomentować, że to jeszcze nie to, bo w trakcie własnych poszukiwań, co prawda na inny temat, odnaleźli lepszy materiał w jednym z naukowych czasopism znalezionym w zasobach "Directory of Open Access Journals" i zdjęcia w serwisie flickr, opublikowane na licencji creative commons nc-sa-by. Umieszczają linki w komentarzu pod postem kolegów. Dyskutują na wspólnym forum na temat formy finalnej wersji, którą będą prezentować przed całą klasą. Czy warto przedstawić linearną prezentację, przygotowywaną po lekcjach przez internet przy użyciu sieciowej usługi "google dokumenty" czy też zrobić aktualizowane wiki lub serwis na Wordpressie? Nauczyciel od czasu do czasu włącza się w dyskusję jako jeden z uczestników, który nie narzuca, ale z racji swojej pozycji proponuje inne, czasami bardziej sprawdzone rozwiązania, dorzucając linki do klasowego konta w del.icio.us i publikując kilka refleksji na ten temat w formie podcastu na swoim blogu. Sugeruje również możliwe obszary poszukiwań".

Osobiście jestem zwolennikiem jak najszybszego wprowadzenia do szkół nowych technologii, zdaję sobie jednak sprawę, że największą barierą jest konstrukcja systemu szkolnictwa, który uznaje za odchylenie wszystko, co odstaje od tradycyjnego schematu komunikacyjnego, świadomie określanego przeze mnie mianem "nauczyciel - peryferia". Na pewno dałoby się jednak znaleźć w Polsce nauczycieli i wykładowców, którzy świadomie rezygnują z tradycyjnych form lekcyjnych, ćwiczeniowych i testują nowatorskie rozwiązania. Testy tego typu mogą być zupełnie nietrafione, ale jeśli nie ma odpowiednich think tanków - dopiero się rodzą - które mogłyby promować określone rozwiązania, trzeba działać nieco po omacku, na chybił trafił. A wnioski z podobnych działań, przedstawiane wzajemnie przez eksperymentatorów mogą przyczynić się do powstania silnego ruchu na rzecz zmian edukacyjnych. Nie tylko w zakresie wąsko rozumianej edukacji medialnej, którą wciska się gdzieś na margines szkolnej informatyki. Pojmowanej raczej jako nauka stosowania mediów i wykorzystywanie ich zarówno w formalnym jak i pozaformalnym procesie uczenia się.

Sam należę do grona beta-testerów. Podczas zajęć ze studentami stawiałem na pracę w grupach, realizację projektów z wykorzystaniem sieciowych narzędzi komunikacji, tworzenie bazy dyskusji i wiedzy w sieci, dostępnych o dowolnej porze dnia i nocy. Oczywiście, nie mam recepty na sukces, ale warto próbować. Inaczej będziemy skazani na rozwiązania zza oceanu, które nie zawsze będą odpowiednie dla polskiej rzeczywistości, a ich długotrwałe wdrażanie, jako niestosowanej w Polsce metody, może okazać się spóźnione, biorąc pod uwagę tendencję do schematycznego stosowania edukacyjnych matryc, często w oderwaniu od refleksji i krytycznej oceny.

autor: gds

źródło: eSchool News

zdjęcie: BenQ

Creative Commons License


Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Lżejsze tornistry najmłodszych

Możliwość pozostawiania w szkole niektórych podręczników i przyborów szkolnych spowoduje zmniejszenie ciężaru uczniowskich tornistrów – to efekt nowelizacji rozporządzenia w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach, podpisanego przez ministrów edukacji narodowej oraz pracy i polityki społecznej.

Dotychczasowe rozporządzenie nie zawierało regulacji odnoszących się do problematyki związanej z obciążeniem ucznia podręcznikami i przyborami szkolnymi, czyli tzw. ciężkiego tornistra ucznia. Wprowadzony przepis gwarantuje uczniom - początkowo klas I szkoły podstawowej i gimnazjum - możliwość pozostawiania w szkole tych podręczników i przyborów szkolnych, które nie będą potrzebne w domu, obniżając tym samym wagę tego, co noszą w tornistrach.

Zapis pozostawia dyrektorom pełną swobodę sposobu jego realizacji, na przykład wykorzystanie części szafy znajdującej się aktualnie w pomieszczeniu, części szuflad w regale na pomoce szkolne, półek w szatni czy pojemników samodzielnie wykonanych przez uczniów. Szkoła powinna wygospodarować miejsce do pozostawienia niektórych podręczników i przyborów szkolnych, natomiast rozporządzenie nie nakłada obowiązku zakupu i zapewnienia uczniom konkretnych rodzajów szaf.

Zgodnie z nowymi przepisami, dyrektor szkoły lub placówki jest zobowiązany co najmniej raz w roku do przeprowadzenia kontroli w zakresie bezpieczeństwa i higieny w obiektach należących do placówki. Dotychczas obowiązujące przepisy nakładały na dyrektora obowiązek kontroli każdorazowo po przerwie w działalności szkoły lub placówki, trwającej co najmniej dwa tygodnie. Praktyka pokazała, że takie określenie częstotliwości kontroli jest nieracjonalne w stosunku do potrzeb. Ze względu na fakt, że bezpieczne i higieniczne warunki nauki zapewnia dyrektor szkoły lub placówki, to on powinien decydować o konieczności przeprowadzenia kontroli. Przepis nakazujący przeprowadzanie kontroli co najmniej raz w roku zwiększy ich efektywność i spowoduje, że będą przeprowadzane wówczas, kiedy zajdzie taka konieczność.

W rozporządzeniu zmieniono regulację dotyczącą planu zajęć dydaktyczno-wychowawczych, pozostawiając zasadę równomiernego obciążenia zajęciami w poszczególnych dniach tygodnia. Z uwagi na treść nowej podstawy programowej, zmiana umożliwi dyrektorowi łączenie zajęć z tego samego przedmiotu, pozwalając w ten sposób na realizację różnych form ich organizacji - na przykład połączenie 2-3 godzin tego samego przedmiotu w celu przeprowadzenia lekcji w muzeum, lesie czy instytucji publicznej.

Rozporządzenie wchodzi w życie od 1 września 2009 roku.


autor: materiały prasowe

źródło: MEN

zdjęcie: www.sxc.hu
eXTReMe Tracker